Strona główna  | Informacje | Opinie, poglądy |   Tajemnice przyrody |  Krótko  |  Nowe trendy  |   Spotkania |  Zauroczenia | Krótko -  edukacja | Prenumerata Archiwum

NUMER LISTOPADOWY
NR 11 / 2001
Czasopismo zalecane dla szkół przez Ministerstwo Edukacji Narodowej  

Damian Duchalski
KLEJNOTY OPOLSZCZYZNY


KARPACKA 
NOC NIETOPERZY

Ludwik Krzeczkowski
GORCZAŃSKIE 
SALAMNDRY


Marcin Sielezniew 
MODRASZEK TELEJUS

Walentyna Rakiel-Czarnecka MIĘDZYNARODOWY EKOLOGICZNY BRZOZÓW
Joanna Kreto
WIERZBA
W KRAJOBRAZIE
 
Wiktor Pawłowski
ZIMNOLUBNY BOCZNIAK
STOPKA REDAKCYJNA










 
Opinie, poglądy

Rezerwaty przyrody na pochylni

Rozmowa z Ewą Symonides
profesorem Uniwersytetu Warszawskiego 


- Minęły dwa lata od momentu, kiedy ustawa kompetencyjna przekazała rezerwaty przyrody w gestię wojewodów. Wcześniej były one powoływane przez ministra środowiska. Jak pani profesor ocenia to rozwiązanie w kontekście sprawowania ochrony przyrody w rezerwatach? 

- Oceniam tę sytuację jednoznacznie negatywnie, podobnie jak wówczas, gdy byłam przewodniczącą Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Rezerwaty powoływane przez ministra miały swoją rangę, znacznie wyższą niż obecnie. Teraz ustanawia je w drodze rozporządzenia wojewoda i on zatwierdza także plany ochrony. Według zapisów ustawy jest jeden wyjątek od tej zasady: jeśli są obiekty, które powinny być objęte ochroną rezerwatową, np. ze względu na realizację zapisów konwencji międzynarodowych, a wojewoda tego nie uczynił, wówczas minister wydaje rozporządzenie o utworzeniu rezerwatu i w takim przypadku także on zatwierdza plan ochrony przyrody. Na szczęście, wojewoda musi mieć zgodę ministra, jeśli chce rezerwat zlikwidować. Ten wymóg jest bardzo ważny i PROP bardzo mocno zabiegała o jego wprowadzenie. Było to klasyczne dmuchanie na zimno ale czas pokazał, że nasza ostrożność była uzasadniona. W ostatnim roku pojawiło się bowiem wiele wniosków od wojewodów o wyrażenie zgody na likwidację rezerwatów, nie zawsze uzasadnionych utratą wartości przyrodniczych proponowanego do likwidacji rezerwatu. Wszyscy doskonale wiemy, że pokusy likwidacji rezerwatów istniały i będą istnieć. Atrakcyjny teren, jaki niewątpliwie reprezentują przede wszystkim rezerwaty krajobrazowe, leśne lub wodne, ma swoją rynkową cenę i jest chętnie nabywany pod budowę domów jednorodzinnych, osiedli mieszkaniowych, hoteli, pensjonatów lub do realizowania innych inwestycji. Konieczność uzyskania zgody ministra na likwidację rezerwatów niewątpliwie utrudni ten groźny w skutkach proceder i ułatwi wojewodzie odmowne załatwienie podobnych spraw.


- W sytuacji, w której rezerwaty przyrody są powoływane w drodze rozporządzenia wojewody, a nie ministra częściowo traci sens ogólnokrajowa strategia ochrony przyrody. 

- Dotąd rezerwaty stanowiły istotne uzupełnienie parków narodowych. Można też było mówić o ogólnopolskiej polityce w stosunku do podstawowej sieci obszarów chronionych, złożonej właśnie z parków narodowych i rezerwatów przyrody. Taka spójna polityka powinna być prowadzona, w przeciwnym razie, dla przykładu, "Natura 2000" będzie czymś bardzo ułomnym, podobnie jak realizacja niektórych konwencji międzynarodowych lub koncepcji funkcjonalnej, ogólnopolskiej sieci tzw. korytarzy ekologicznych. Obecnie rezerwaty przyrody nie tylko zostały zepchnięte o szczebel niżej , ale niejako znalazły się poza polem zainteresowania ministerstwa środowiska. Minister nie zapewnił sobie nawet ustawowej konieczności informowania go na bieżąco o utworzeniu nowych rezerwatów przyrody w poszczególnych województwach! Do prowadzenia ich rejestrów zobowiązani zostali jedynie wojewodowie, którzy wszakże nie mają obowiązku przekazywania tych informacji ministerstwu. Przy dzisiejszej, nowoczesnej technice komunikacji i łączności wprost trudno uwierzyć, aby minister (lub Główny Konserwator Przyrody) nie dysponował aktualnymi danymi na temat rezerwatów lub innych form ochrony przyrody, z wyjątkiem parków narodowych. To tylko jeden z przykładów luk w obecnych rozwiązaniach prawnych, niestety, usankcjonowanych także w niedawno znowelizowanej ustawie o ochronie przyrody. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której minister gości kolegę po fachu z zagranicy i na jego pytanie, ile w bieżącym roku utworzono w Polsce rezerwatów przyrody lub parków krajobrazowych nie jest w stanie udzielić odpowiedzi, bo po prostu nie ma takich danych w resorcie. 

- Byłoby bardzo rozsądne, gdyby takie rejestry były prowadzone na szczeblu powiatów, województw, ministerstwa. 

- Tak powinno być, ale nie jest. I jak tu można mówić o spójnej, rozsądnej polityce państwa w zakresie ochrony przyrody lub o realizacji zapisów wynikających z konwencji międzynarodowych, jeśli Ministerstwo Środowiska pozbawione jest aktualnej informacji na temat podstawowych form ochrony przyrody, z możliwie pełną i na bieżąco aktualizowaną bazą danych na temat każdej z nich włącznie, tak, jak było to do niedawna.

- - Słyszałam, że w ministerstwie były próby dokonania przeglądu stanu rezerwatów przyrody, ale nie zostały uwieńczone sukcesem.

W latach 1996 i 1997 ówczesny dyrektor departamentu ochrony przyrody zlecił wykonanie terenowego przeglądu rezerwatów przyrody, których już wówczas było ponad 1100. Niektóre z nich funkcjonują przecież od dziesiątków lat i często nie było wiadomo, do jakiego stopnia zostały zrealizowane cele, dla których zostały powołane i w jakim stanie zachowały się ich walory przyrodnicze. Chodziło o analizę aktualnego stanu rezerwatów przyrody, o ewentualne uzupełnienie ich sieci, o zmianę kategorii ochrony - z biernej na czynną lub na odwrót, o wytypowanie tych rezerwatów, w których pilnie należy przeprowadzić niezbędne zabiegi ochronne, wreszcie o ewentualne skreślenie niektórych obiektów z listy rezerwatów, jeśli rezerwat jest nim tylko z nazwy, a rzadkie i cenne gatunki lub biocenozy, z powodu których utworzono go przed laty - już nie występują. W ciągu dwóch lat dokonano więc przeglądu kilkuset rezerwatów i opracowano zalecenia, z których jednak kolejna ekipa nie zrobiła żadnego użytku. Wysiłek wielu naukowców i koszty całej operacji poszły na marne. Wielka szkoda, bo już dojrzewał zamysł przekazania rezerwatów przyrody w gestię wojewodów i należało zatem zadbać o ich dalszy los, a nie pozbyć się jak czegoś zbędnego i przysparzającego kłopotów, podobnie, jak należało zatroszczyć się o możliwie szybkie uzupełnienie sieci rezerwatów o brakujące ogniwa i wystąpić z taką sugestią do wojewodów. O to także w ministerstwie nie zadbano, choć w stosunku do potencjalnych rezerwatów leśnych byłoby to dość proste. Już w 1995 roku, z inicjatywy tego samego dyrektora, przeprowadzono bowiem na obszarach będących w zarządzie Lasów Państwowych waloryzację zasobów przyrodniczych w celu wyłonienia tych obiektów, które zdaniem leśników zasługują na ochronę rezerwatową. Była więc dobra podstawa do ewentualnego uzupełnienia sieci rezerwatów, niestety, i dla tego przedsięwzięcia nowo mianowany dyrektor departamentu nie znalazł zrozumienia. Nie po raz pierwszy o losie różnych przedsięwzięć zadecydowały argumenty inne niż troska o przyrodę. 

Twierdzi pani, że stan ochrony rezerwatowej w Polsce uległ pogorszeniu. Jakie mogą być tego skutki?

- Scedowanie na niższe szczeble władzy odpowiedzialności za najcenniejsze skarby naszej przyrody bez równoczesnego zapewnienia im należytej opieki nie napawa optymizmem. Doskonale przecież wiemy, że wojewódzkimi konserwatorami przyrody zostają niejednokrotnie osoby zupełnie przypadkowe, bez odpowiedniego wykształcenia i zawodowego przygotowania, choć politycznie "słuszne". Co gorsze, skład wojewódzkich komisji ochrony przyrody w myśl znowelizowanej ustawy został "rozcieńczony" przedstawicielami organizacji gospodarczych, których interes stoi przecież w jawnej sprzeczności z ochroną przyrody. To budzi niepokój, zwłaszcza wobec problemów społecznych i trudności finansowych, z jakimi borykają się samorządy. Interes przyrody zazwyczaj przegrywa z doraźnymi interesami aktualnie rządzącego establishmentu, zwłaszcza, gdy nie ma przeszkód natury prawnej. Tymczasem, zarówno w sejmowej, jak też w senackiej komisji ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa fachowców jest niewielu, a jeśli reprezentują parlamentarną opozycję - ich głos nie ma znaczenia. Tak rodzi się niekorzystne dla ochrony przyrody prawo, względy polityczne ciągle bowiem mają przewagę nad merytorycznymi.

Niektóre rezerwaty przyrody stają się z czasem częścią parku narodowego. Taki "awans" spotkał niedawno rezerwat Słońsk, co było dużym zaskoczeniem nawet dla osób profesjonalnie zajmujących się ochroną przyrody. Czy PROP popierała utworzenie "na bazie" tego rezerwatu parku narodowego?

Dobre pytanie. Państwowa Rada Ochrony Przyrody nawet nie była proszona o opinię w tej sprawie, ani ta w starym, ani ta w nowym składzie, choć był taki obowiązek ustawowy. Osobiście uważam, że ochrona rezerwatowa w przypadku Słońska była całkowicie wystarczająca, a tworzenie parku narodowego tylko dlatego, że taka była inicjatywa oddolna, czy też ambicje lub interesy wojewody, jest nieporozumieniem. Parki narodowe są niedofinansowane i w tej sytuacji tworzenie kolejnego, w dodatku poniekąd zbędnego, oznacza dalsze "głodzenie" pozostałych, które już musiały oddać ok. 20 etatów. Utworzenie Parku Narodowego Ujście Warty było jedynym, chociaż pozornym, sukcesem ustępującej ekipy w dziele ochrony przyrody, nie udało się bowiem powiększyć Białowieskiego Parku Narodowego pomimo licznych deklaracji, podobnie jak nie udało się utworzyć parków narodowych Mazurskiego lub Turnickiego, o co od lat zabiegały PROP i pozarządowe organizacje ekologiczne. W powiązaniu z obniżeniem rangi rezerwatów przyrody trudno uznać miniony okres za sprzyjający ochronie naszej przyrody. 

Rozmawiała Walentyna Rakiel-Czarnecka

Przyrodnicy mówią - dość!

Rozmowa z profesorem Ludwikiem Tomiałojciem
z Uniwersytetu Wrocławskiego, przewodniczącym Polskiego Komitetu Światowej Unii Ochrony Przyrody



- Idea "ekologizmu" jest bodaj najważniejszym nowym kompasem, w jaki wyposażył ludzkość wiek 20. Powstała nowa gałąź wiedzy - ekologia, której elementy przeniknęły do wielu dziedzin ludzkiej aktywności. Jednak po okresie głębokich przemian, w ostatnich latach nastąpiło nasilenie działań wstecznych. W sprawach ochrony przyrody pojawiła się stagnacja, nawet odwrót. Pisze Pan o tym w swoim "Manifeście ochrony przyrody - Apelu do rodaków o sprzeciw wobec kontrewolucji ekologicznej". Jakie przejawy tej kontrewolucji uważa pan za groźne?

- Niepokoi mnie niemal całkowity brak profesjonalnych ekologów we władzach państwa, a nawet pozbywanie się ostatnich prośrodowiskowo myślących jednostek. Nauka i profesjonalni ekolodzy nie mają żadnego wpływu na kształt krajowej polityki ochrony przyrody, a wykształceni specjaliści z zakresu ekologii i ochrony środowiska zasilają szeregi bezrobotnych. Nieporozumieniem był program rządowej Komisji ds. Polityki Regionalnej i Rozwoju Zrównoważonego (to gremium bez choćby jednego profesjonalnego ekologa), który jedynie na marginesie wspomina o wielkiej idei rozwoju zrównoważonego. Trwogę budziło we mnie entuzjastyczne poparcie przez najwyższe władze projektu Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Tatrach, właśnie sprzecznego z zasadą zrównoważonego rozwoju. 
Ministerstwo Środowiska za czasów premiera Buzka zagubiło się ideowo. Zbyt rzadko wychodziły stamtąd sygnały kierowania się niewzruszonymi pryncypiami, a czasem --zamiast tego - zakłamane oświadczenia (jak w przypadku stopni wodnych Włocławek i Nieszawa). Nastąpiło osłabienie pozycji tego ministerstwa, zamiast wzmocnienia jego roli w rządzie.
Od ponad 50 lat następuje obniżanie rangi Państwowej Rady Ochrony Przyrody (dawniej organu doradczego rządu, potem resortu ochrony środowiska, a ostatnio nagminnie ignorowanego i przez to ministerstwo) oraz podobnie innych opiniodawczych gremiów fachowców-przyrodników. Cztery lata temu zlikwidowano samodzielny Departament Ochrony Przyrody i przez dłuższy czas nie powoływano (naruszenie prawa!) Głównego Konserwatora Przyrody w tym ministerstwie.
Ochronę środowiska zawężono do fizyko-chemicznego oczyszczania, na boczne tory zepchnięto ochronę przyrody, na inwestycje w której przeznaczono zaledwie 0,05-1,5 proc. z całości środków uzyskanych na inwestycje w zakresie ochrony środowiska. Wykluczono też biologów badających gatunki łowne z wpływu na treść nowelizowanego ministerialnie rozporządzenia o wykonywaniu polowań, którą przygotowywali tylko myśliwi i leśnicy.
Zmarnowano pięć wieków ochrony Puszczy Białowieskiej, realizowanej przez dawnych władców oraz wysiłku społecznego włożonego w sprawę powiększenia tamtejszego parku narodowego poprzez pobłażanie dla opartej na kłamstwach rebelii najbardziej zacofanej części administracji leśnej, nie chcącej uznać nowej wiedzy lansowanej w ramach tzw. ekologizacji gospodarki leśnej na Kongresie Leśników oraz propagowanej przez wykładowców leśnictwa z Krakowa i Poznania. Paradoksalnie to nasz 20 wiek zmniejszył udział ponad 100-letnich niemal pierwotnych drzewostanów Puszczy z około 80 proc. w roku 1915 do 20 proc. ostatnio. Puszczę weźmiemy pod ochronę dopiero wtedy, gdy stanie się sadzonym lasem wtórnym, jakich wiele.
- W "Manifeście" pisze pan, że pod wpływem oznak braku determinacji u władz centralnych, a nawet jawnej ich niechęci, z różnych szczebli administracji i samorządów ruszyła ostatnio lawina nieprzyjaznych postulatów i działań. Jakie są jej efekty?
- Podważono zasadę nadrzędności dobra wspólnego nad interesami partykularnymi, czego wyrazem są zamiary prywatyzacyjne i rewindykacyjne wobec lasów i parków narodowych. Niektórzy chcą przekazać w prywatne ręce osób bez przyrodniczego przygotowania to wspólne dobro narodu, a wraz z nim zachodzące tam procesy ekologiczne i ewolucyjne podstawowe dla podtrzymania życia na Ziemi. Sejmiki samorządowe ujawniły w wielu przypadkach wrogi stosunek do ochrony przyrody. Niektóre samorządy zaczęły głosić, jakoby pośród głównych przeszkód w rozwoju regionów był fundamentalizm ekologów, których jednakże nie ma tam w żadnych władzach. Odwieczny problem ekonomiczny, zwany tragedią dóbr wspólnych, bywa rozwiązywany odwrotnie do demokratycznej zasady współdziałania i rozważnego ograniczania rozmiaru eksploatacji zasobów.
Za tym wszystkim poszły decyzje osłabiające lub demontujące formy strukturalno-organizacyjne i prawne państwa w zakresie ochrony przyrody, przez 80 lat tworzone przez pokolenie dziadów i ojców.

- Wśród symptomów tego zjawiska wymienia pan osłabienie statusu dyrektora parku narodowego, co oznacza degradowanie parków jako obiektów rangi krajowej do roli wojewódzkich. Za groźne uważa Pan zmniejszenie personelu mającego dbać o przyrodę, rażąco wąskie kompetencje wojewódzkich konserwatorów przyrody, zastąpienie rad naukowych w parkach narodowych kontrolowanymi przez społeczności lokalne radami jakby nadzorczymi, tworzonymi głównie z przeciwników ochrony przyrody. Niepokoi Pana przekształcanie niektórych obszarów chronionych w obiekty o charakterze rozrywkowo-zarobkowym, a nie służące zachowaniu przyrody. Co jeszcze Pana martwi?

- Fakt, że w trakcie reformy terytorialnej zignorowano potrzeby istnienia profesjonalnych opiekunów przyrody i środowiska na szczeblu powiatowym, mimo przekazania części kompetencji w tym zakresie starostom. Martwi mnie wprowadzenie ukrytej cenzury; uczonym-przyrodnikom chronicznie odmawiana jest możliwość zamieszczania w głównych gazetach i tygodnikach gospodarczo-politycznych wypowiedzi przedstawiających ekologiczny punkt widzenia na sprawy gospodarcze. Aby ośmieszyć postawy pro- środowiskowe zamiast fachowych autorytetów do publicznych wypowiedzi w telewizji wybiera się możliwie najgorzej odbieranych ekstremistów spośród "zielonych". 
Ukoronowaniem demontażu podstaw prawnych stała się ostatnio nowelizacja ustawy o ochronie przyrody i związanych z nią rozporządzeń. Znowelizowana ustawa jest antyochroniarska, ponad dobro mieszkańców kraju i kontynentu stawia dobro grup interesu mogących występować pod szyldem lokalnych społeczności. Przyznano im prawo veta, podczas gdy ograniczono głos nauki i fachowców. W najbliższej przyszłości czeka nas likwidowanie osiągnięć ochrony przyrody realizowane w majestacie coraz bardziej dwuznacznego prawa środowiskowego przez różne lokalne grupy interesu, z wykorzystaniem dla swych celów sfrustrowania biedą i bezrobociem społeczności lokalnych, z których tylko nieliczne mają dalekowzrocznych przywódców.
Nowych parków narodowych nie będzie można utworzyć inaczej jak tylko na życzenie lokalne, czyli to lokalne władze będą decydowały o tej części polityki państwa. W ustawie ponadto zapisano tak rozbudowane zobowiązania mieszkaniowe państwa wobec pracowników parków, że naszego budżetu nie będzie stać na tworzenie nowych parków. Uważam, że ojczysta przyroda jest wspólnym dobrem. Tego dobra narodowego nie wolno jeszcze oddawać w ręce lokalne, gdyż świeżo powstała administracja tego szczebla nie ma dostatecznej świadomości ekologicznej, ani też nie potrafi dojrzeć nawet swego dalekowzrocznego interesu wynikającego z zasady zrównoważonego rozwoju.
Demonstrowana w tym zakresie naiwność warszawskich decydentów nie znających realiów, jakie panują w odległych zakątkach kraju, będzie kosztowała polską przyrodę bardzo dużo. Chcę zwrócić uwagę, że poza wielkomiejskimi polskie lokalne społeczności są zupełnie pozbawione ludzi z wykształceniem przyrodniczym oraz mają zaledwie około 1 proc. ludzi z wykształceniem wyższym. Dlatego trzeba zdecydowanie bronić ponadpokoleniowych wartości przed groźbą ich erozji opartej na niewiedzy lub na przyziemnej doraźności. 
Niepokoi mnie fakt, że pojawiają się też objawy histerii antyekologicznej. Profesjonalnych przyrodników zepchnięto dziś do katakumb specjalistycznych pism, nie docierających ani do decydentów, ani do wyborców. Głos nauki został zastąpiony enuncjacjami paru dziennikarzy-monopolistów, wykreowanych przez tajemne siły na szamanów ekologii. Nikt poza nimi, w 38-milionowym narodzie nie ma możności wypowiadania się publicznie o sprawach przyrodniczych.

- Demontaż form strukturalno-organizacyjnych i prawnych państwa polskiego w zakresie ochrony przyrody, z trudem tworzonych od 1919 roku jest o tyle zdumiewający, że mamy przecież wstępować do Unii Europejskiej.

- Rzeczywiście. Chwalimy się Puszczą Białowieską na wystawie EXPO 2000, a jednocześnie zamieniamy przeważającą jej część w las jakich wiele. Niepojęte, dlaczego w Polsce może istnieć Służba Konserwacji Zabytków, ale nie może istnieć rozwinięta Służba Ochrony Przyrody? Co więcej, niektórym urzędnikom i parlamentarzystom przeszkadzała nawet społeczna Straż Ochrony Przyrody, grono za darmo pracujących obywateli. Czy nasze Ministerstwo Środowiska ma też być na zawsze resortem obsadzanym według klucza partyjnego, zamiast fachowcami, i czy ma pozostawać praktycznie poza kontrolą ze strony obywateli, a czego dowodem jest zwolnienie dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego wbrew zgodnej opinii wszystkich fachowców i organizacji pozarządowych. 

Nie jest wolą naszych obywateli, aby kraj stał się antyekologicznym zaściankiem. Według sondażu Instytutu na Rzecz Ekorozwoju aż 95 proc. obywateli opowiada się tym, żeby wszystkie działania prowadzone w parkach narodowych były podporządkowane ochronie przyrody. Mimo tego niektórzy wysocy administratorzy wolą realizować oczekiwania najbardziej krzykliwych grup interesów.

- Jednoznaczne stwierdza Pan, że polska ochrona środowiska jest ciężko chora na antyprzyrodniczość. Aby zmienić tę sytuację, apeluje Pan do światłych rodaków o podjęcie przeciwdziałań. Czego Pan oczekuje?
- Do zawodowych przyrodników, ich instytutów, stowarzyszeń, rad wydziałów przyrodniczych wyższych uczelni, stowarzyszeń leśników, społecznych organizacji proekologicznych, itp. mówię, że jeśli nie stworzymy atmosfery sprzeciwu wobec wskazanych form szkodnictwa władzy, to antyprzyrodniczo nastawione gremia zniszczą nawet tę niewielką część przyrody, którą szczyciliśmy się podczas EXPO 2000. Nie łudźmy się, nasza łupieżcza odmiana kapitalizmu nie ma litości dla słabszych, w tym dla przyrody, a modelu kapitalizmu demokratycznego opartego na akcjonariacie pracowników i samorządnej spółdzielczości u nas jakoś się nie lansuje.
Do elit intelektualnych narodu zwracam się z prośbą o udzielenie poparcia dla znikających postaw prospołecznych, dla obrony pryncypiów, sprzeciwu wobec arogancji władzy, zagrażających jednakowo możliwości przechowania dziedzictwa przyrodniczego, co i kulturowego. Niech najwybitniejsi z rodaków uświadamiają obywatelom, czym grozi rebelia grupy Zakopian, którzy żądali likwidacji parków narodowych jako "stalinowskich tworów". Zgodnie z równie szaloną demagogią można by domagać się rozdania znajomkom uczelni wyższych, teatrów i szpitali, jako również utworzonych w tamtych czasach.
Środowiska akademickie i wszystkich nauczycieli proszę o przygotowanie studentów i młodzieży do zajęcia postawy obywatelskiego sprzeciwu wobec podobnie egocentrycznej ideologii i złowrogiej propagandy, jako pozbawiających następne pokolenia Polaków możliwości korzystania z nie zdegradowanej przyrody, nie rozdeptanych najpiękniejszych miejsc. Na handlowe kramy, kasyna i hotele mamy miejsca dosyć wokół parków narodowych, aby wchodzić z nimi do wnętrza tych "świątyń przyrody". Niech młodzi ludzi od swych nauczycieli się dowiedzą, komu zawdzięczamy rosnącą rzeszę bezrobotnych wśród absolwentów kierunków ochrony środowiska, niegdzie nie zatrudnianych w naszym Kraju bez Ekologów. 
Do środowisk naukowych, z Polską Akademią Nauk i Polską Akademią Umiejętności na czele, aby przeciwstawiły się niszczeniu dorobku poprzednich pokoleń. Niech historycy przestrzegają wskazując na opłakane skutki traktowania ojczyzny jak rozdrapywanego "kawałka sukna" oraz tłumienia postaw patriotycznych. Niech ekonomiści środowiska zajmą publicznie stanowisko w sprawie dóbr wspólnych i zasad ich prawidłowego, zrównoważonego i reglamentowanego użytkowania w demokratycznym ustroju. Niech znawcy prawa ochrony środowiska zabiorą głos w sprawie manipulacji tymże prawem wiodącej do zdominowania resortu środowiska przez myślenie eksploatacyjne oraz do zabójczego dla przyrody uzależnienia losu obszarów chronionych wyłącznie od administracji lokalnej i regionalnej, której jeszcze nie moderują dobre tradycje.
Apelują do władz administracyjnych i samorządowych, jako wybranych przez ubogie polskie społeczeństwo, aby potępili zachowanie się części swoich kolegów. Jak najeźdźcy ludzie owi wyznaczyli sobie niemoralnie wysokie haracze ogałacając wspólne kasy. Jak Hunowie, bez szacunku dla podbitego kraju, niektórzy z samorządowców stawiają ultimata wobec polskich świątyń przyrody, które czym prędzej chcieliby zamienić na pieniądze.

- Pozostaje jeszcze kwestia taktyki. Proponuje pan utworzenie Polskiej Partii Ekorozwoju.

- Łatwość, z jaką dokonał się demontaż polityki prośrodowiskowej podważa założenie, jakoby właściwe było tworzenie "zielonych frakcji" przy różnych partiach politycznych. Prowadzi to do nietwórczego rozszczepienia w każdej z nich na technokratyczne kierownictwo i na pozbawioną możliwości działania "zieloną" przybudówkę. Dlatego, wzorem krajów sąsiednich - droga do krzewienia światopoglądu ekologicznego winna prowadzić przez rozkwit "zielonych" organizacji pozarządowych. Po pokonaniu naszej swarliwości powinny one w przyszłości utworzyć Polską Partię Ekorozwoju, partię opartą na ideach 21. wieku, a nie 19-wiecznego modelu kapitalizmu łupieżczego. Myśl tę dedykuję zwłaszcza pokoleniu trzydziestolatków, w obrębie którego to zbyt wielu odchodzi ostatnio od spraw publicznych. Tylko młodsze roczniki obywateli mogą zapobiec osuwaniu się Polski w zaćmienie umysłowe wrogie najbardziej dalekowzrocznym ideom współczesnego świata.
Trzeba też podjąć starania o odtworzenie Departamentu Ochrony Przyrody, jeśli nie da się inaczej, to być może tym razem w ramach Ministerstwa Kultury (jak u nas przed wojną i jak we Francji). Ochrona dziedzictwa przyrodniczego nie różni się wszak ideowo i nie stoi w sprzeczności z ochroną dziedzictwa kulturowego. Obie idee są sobie bliskie. Nie będzie więc tam, jak w resorcie środowiska, ostrej walki ideologicznej pomiędzy eksploatacyjną i ochroniarską opcją. 

Rozmawiała Walentyna Rakiel-Czarnecka


Projekt i opracowanie graficzne Joanna Saternus