|
NUMER LUTOWY NR 2/ 2004 Czasopismo zalecane dla szkół przez Ministerstwo
Edukacji Narodowej
|
|
Zimowe myszołowy
Tekst i zdjęcia: Łukasz Łukasik
Już jesienią przygotowywałem się na to spotkanie. Została zrobiona
porządna, obszerna i ciepła czatownia w upatrzonym miejscu. Była gotowa w
samą porę, tuż przed mrozami i śniegiem, który ją zamaskował. Butelka w
otworze doskonale udawała obiektyw, a wyłożona padlina miała przywabić w
pobliże czatowni myszołowa - jednego z najliczniejszych ptaków drapieżnych
w naszym kraju.
Łatwy do rozpoznania, zwłaszcza podczas lotu. Długie, szerokie skrzydła,
szeroko rozpostarty ogon, na którym widnieje 5-6 cienkich, czarnych
prążków i jeden szerszy na końcu ogona oraz charakterystyczne "hiijee" nie
pozwalają pomylić myszołowa z innym ptakiem.
 
Jego terenem łowieckim są zwykle rozległe, otwarte tereny z pojedynczymi
drzewami, czy słupami energetycznymi, które są punktami obserwacyjnymi, na
których ptak siedzi. Często czatuje też przy ruchliwych szosach,
wypatrując potrąconych przez samochody zwierząt.
Głównym składnikiem jego pożywienia są drobne gryzonie, szczególnie
norniki. Nie pogardzi też młodym ptakiem, jaszczurką, padalcem, a nawet
ropuchą i żabą. Jego polowanie to zwykle obserwacja z zasiadki. Jeżeli coś
zauważy, podlatuje do ofiary i atakuje z powietrza.
Zimą, kiedy upolować coś jest mu trudno, nie gardzi padliną i ten fakt
postanowiłem wykorzystać, szykując się do fotografowania tego drapieżnika.
 
Codziennie obserwowałem przez lornetkę teren przylegający do mojej
czatowni i nęcisko. Rozległa, podmokła łąka w dolinie, przecięta kilkoma
kanałami to teren, który myszołowy szczególnie sobie upodobały. Kilka
pojedynczych, samotnych olch było dla nich dodatkową atrakcją.
Nie musiałem długo czekać. Już po kilku dniach pierwszy myszołów pojawił
się w pobliżu interesując się padliną wyłożoną przed czatownią. Krążył
dość długo, jednak zabrakło mu odwagi, żeby wylądować.
Następnego dnia myszołów wrócił i pokonał niepokój spowodowany błyskiem
butelki tkwiącej w ścianie czatowni i wylądował. Później dołączył do niego
drugi. Odtąd ptaki codziennie przylatywały do nęciska i wspólnie żerowały.
Najwyższy to czas, by spróbować zasiadki.
Było już szaro gdy z ekwipunkiem, ubrany w ciepły kożuch, było -200C,
udałem się na zasiadkę. Robiło się szaro, kiedy wchodziłem do czatowni. Po
pół godzinie w powietrzu rozległo się głośne "hiijeee". Nic jednak w
pobliżu nie wylądowało.
Dotrwałem do godziny 10, popijając z termosa gorącą herbatkę z cytryną,
zły na myszołowy i na siebie, że przez lekceważenie przeciwnika nie
zrobiłem ani jednego zdjęcia.
Tak. To właśnie moja niechęć do wychodzenia z domu w całkowitych
ciemnościach, przy 20 stopniowym mrozie zdecydowała o niepowodzeniu. Po
prostu za późno wchodziłem do ukrycia, ptaki mnie widziały i nie odważyły
się zbliżyć do nęciska.
Następnego dnia wyruszyłem do czatowni znacznie wcześniej. Było jeszcze
ciemno, przy wygwieżdżonym niebie i większym mrozie niż poprzedniego dnia
opuściłem ciepłe i przytulne mieszkanko i obładowany jak wielbłąd
zmierzałem do celu. Tym razem byłem na miejscu dobrą godzinę przed świtem.
Wgramoliłem się do środka, rozstawiłem statyw, poowijałem się w ciepły
kożuch i czekałem.
Kiedy rozjaśniło się na tyle, że można było rozróżnić szczegóły, butelkę w
ścianie budy zastąpił obiektyw aparatu.
Pozostało nadal czekać. Obiektyw skierowałem na pień sterczący spod
śniegu, na którym myszołowy zwykle lądowały. Wyglądam przez szczelinę w
ścianie budy. Czerwone słońce wysunęło się nad linię horyzontu rzucając
ciepłe refleksy na śnieg.
 
Z ciekawości zerknąłem przez wizjer aparatu, by zobaczyć jak przy takim
świetle wygląda świat w obiektywie i... dech mi zaparło. Na pniu, na który
był skierowany obiektyw siedział myszołów, na którego tak długo,
bezskutecznie czekałem wczoraj. Siedział na jednej nodze a drugą ogrzewał,
schowaną w puchu piór. Mróz też dawał mu się we znaki. Byłem zaskoczony,
że ptak wylądował tak cicho, bez szmeru i łopotu skrzydeł. Zrobiłem kilka
zdjęć i postanowiłem poczekać na lepsze światło. Ptak jednak postanowił
nie czekać na lepsze światło, zeskoczył z pnia i zaczął żerować z trudem
skubiąc zmrożone kawałki mięsa. Kiedy zaspokoił głód, ku mojej radości
powrócił na pień dając okazję do kolejnych zdjęć. Czyścił skrzydła,
rozprostowywał je, podskakiwał. Krótko mówiąc nie zawiódł mnie tym razem.
Kiedy opuszczałem czatownię, około godziny 10 miałem dobry humor, pomimo
dokuczliwego mrozu.
Czatownię odwiedzałem jeszcze wielokrotnie tej zimy i miałem okazję do
bliskich spotkań nie tylko z myszołowem....
Ale o tym innym razem.
|