Strona główna LUTY W PUSZCZY I  W LESIE Krótko NIEZAPOMINAJKA TATRY


NUMER 
LUTOWY
NR 2/ 2004

Czasopismo zalecane dla szkół przez Ministerstwo Edukacji Narodowej

 

   

BIULETYN      
EKO - EDUKACYJNY
Walentyna Rakiel-Czarnecka
RATUJMY KASZTANOWCE
Małgorzata Falęcka-Jabłońska
LOLIMPIADA WIEDZY EKOLOGICZNEJ (...)
OBCHODY 75-LECIA LOP W OKRĘGU JELENIOGÓRSKIM
Wiktor Pawłowski
ZACHOWANIE PTAKÓW ZIMUJĄCYCH W MIEŚCIE
Włodzimierz Stachoń
LUTY W PUSZCZY I W LESIE
Marzenna Stempień-Sałek
MAGURSKI PARK NARODOWY
Łukasz Łukasik
ZIMOWE MYSZOŁOWY
Iwona Erenc
KLIMAT TATR A GROŹNE ZJAWISKA POGODOWE
Tomasz Lippoman
BIAŁOWIESKIE MIEJSCA MOCY
Ewa Grelewska
W STOLICY TYSIĄCA JEZIOR
Jan Achremowicz
ROWEREM PRZEZ KRZCZONOWSKI PARK KRAJOBRAZOWY
Hanna Sikora 
DĘBIK - MAŁY WĘDROWIEC
Marcin Sielezniew, Anna Stankiewicz
RATUJMY MODRASZKA TELEJUSA
Stanisław Głowacki
LASY PACHNĄCE ŻYWICĄ
Prenumerata
Stopka Redakcyjna
Archiwum





 

 

Zimowe myszołowy
Tekst i zdjęcia: Łukasz Łukasik

Już jesienią przygotowywałem się na to spotkanie. Została zrobiona porządna, obszerna i ciepła czatownia w upatrzonym miejscu. Była gotowa w samą porę, tuż przed mrozami i śniegiem, który ją zamaskował. Butelka w otworze doskonale udawała obiektyw, a wyłożona padlina miała przywabić w pobliże czatowni myszołowa - jednego z najliczniejszych ptaków drapieżnych w naszym kraju.
Łatwy do rozpoznania, zwłaszcza podczas lotu. Długie, szerokie skrzydła, szeroko rozpostarty ogon, na którym widnieje 5-6 cienkich, czarnych prążków i jeden szerszy na końcu ogona oraz charakterystyczne "hiijee" nie pozwalają pomylić myszołowa z innym ptakiem.


Jego terenem łowieckim są zwykle rozległe, otwarte tereny z pojedynczymi drzewami, czy słupami energetycznymi, które są punktami obserwacyjnymi, na których ptak siedzi. Często czatuje też przy ruchliwych szosach, wypatrując potrąconych przez samochody zwierząt.
Głównym składnikiem jego pożywienia są drobne gryzonie, szczególnie norniki. Nie pogardzi też młodym ptakiem, jaszczurką, padalcem, a nawet ropuchą i żabą. Jego polowanie to zwykle obserwacja z zasiadki. Jeżeli coś zauważy, podlatuje do ofiary i atakuje z powietrza.
Zimą, kiedy upolować coś jest mu trudno, nie gardzi padliną i ten fakt postanowiłem wykorzystać, szykując się do fotografowania tego drapieżnika.


Codziennie obserwowałem przez lornetkę teren przylegający do mojej czatowni i nęcisko. Rozległa, podmokła łąka w dolinie, przecięta kilkoma kanałami to teren, który myszołowy szczególnie sobie upodobały. Kilka pojedynczych, samotnych olch było dla nich dodatkową atrakcją.
Nie musiałem długo czekać. Już po kilku dniach pierwszy myszołów pojawił się w pobliżu interesując się padliną wyłożoną przed czatownią. Krążył dość długo, jednak zabrakło mu odwagi, żeby wylądować.
Następnego dnia myszołów wrócił i pokonał niepokój spowodowany błyskiem butelki tkwiącej w ścianie czatowni i wylądował. Później dołączył do niego drugi. Odtąd ptaki codziennie przylatywały do nęciska i wspólnie żerowały. Najwyższy to czas, by spróbować zasiadki.
Było już szaro gdy z ekwipunkiem, ubrany w ciepły kożuch, było -200C, udałem się na zasiadkę. Robiło się szaro, kiedy wchodziłem do czatowni. Po pół godzinie w powietrzu rozległo się głośne "hiijeee". Nic jednak w pobliżu nie wylądowało.
Dotrwałem do godziny 10, popijając z termosa gorącą herbatkę z cytryną, zły na myszołowy i na siebie, że przez lekceważenie przeciwnika nie zrobiłem ani jednego zdjęcia.
Tak. To właśnie moja niechęć do wychodzenia z domu w całkowitych ciemnościach, przy 20 stopniowym mrozie zdecydowała o niepowodzeniu. Po prostu za późno wchodziłem do ukrycia, ptaki mnie widziały i nie odważyły się zbliżyć do nęciska.
Następnego dnia wyruszyłem do czatowni znacznie wcześniej. Było jeszcze ciemno, przy wygwieżdżonym niebie i większym mrozie niż poprzedniego dnia opuściłem ciepłe i przytulne mieszkanko i obładowany jak wielbłąd zmierzałem do celu. Tym razem byłem na miejscu dobrą godzinę przed świtem. Wgramoliłem się do środka, rozstawiłem statyw, poowijałem się w ciepły kożuch i czekałem.
Kiedy rozjaśniło się na tyle, że można było rozróżnić szczegóły, butelkę w ścianie budy zastąpił obiektyw aparatu.
Pozostało nadal czekać. Obiektyw skierowałem na pień sterczący spod śniegu, na którym myszołowy zwykle lądowały. Wyglądam przez szczelinę w ścianie budy. Czerwone słońce wysunęło się nad linię horyzontu rzucając ciepłe refleksy na śnieg.


Z ciekawości zerknąłem przez wizjer aparatu, by zobaczyć jak przy takim świetle wygląda świat w obiektywie i... dech mi zaparło. Na pniu, na który był skierowany obiektyw siedział myszołów, na którego tak długo, bezskutecznie czekałem wczoraj. Siedział na jednej nodze a drugą ogrzewał, schowaną w puchu piór. Mróz też dawał mu się we znaki. Byłem zaskoczony, że ptak wylądował tak cicho, bez szmeru i łopotu skrzydeł. Zrobiłem kilka zdjęć i postanowiłem poczekać na lepsze światło. Ptak jednak postanowił nie czekać na lepsze światło, zeskoczył z pnia i zaczął żerować z trudem skubiąc zmrożone kawałki mięsa. Kiedy zaspokoił głód, ku mojej radości powrócił na pień dając okazję do kolejnych zdjęć. Czyścił skrzydła, rozprostowywał je, podskakiwał. Krótko mówiąc nie zawiódł mnie tym razem.
Kiedy opuszczałem czatownię, około godziny 10 miałem dobry humor, pomimo dokuczliwego mrozu.
Czatownię odwiedzałem jeszcze wielokrotnie tej zimy i miałem okazję do bliskich spotkań nie tylko z myszołowem....
Ale o tym innym razem.